seniorzy
Dzisiaj jest, 8 czerwca 2026
Warszawawww.booked.net
-7°C
Śnieg
A
A
A
Święty
close
A co tam w telewizji słychać?
A co tam w telewizji słychać?
Powrót
24.07.2025 / A co tam w telewizji słychać?
Głos z „Pszczółki Mai” i nie tylko – kim naprawdę jest Ewa Złotowska?

„Pszczółka Maja” – tytułowa rola przyniosła jej nieśmiertelność. Ale Ewa Złotowska to nie tylko bajkowy głos – to aktorka, reżyserka, śpiewaczka, kobieta z życiem pełnym wzlotów i dramatów, siły i humoru, pasji i miłości do zwierząt. W szczerej rozmowie z TVP.pl artystka opowiada o tym, jak trafiła do świata dubbingu, dlaczego nie została matką, jak przeżyła poważny wypadek i dlaczego z dumą mówi „dzieci” o swoich czworonożnych pupilach. Z okazji 50. rocznicy przygód sympatycznej pszczółki, której artystka użyczyła głosu, kreskówkę można oglądać za darmo w TVP VOD oraz TVP ABC.

 

  • Choć przez dekady kojarzona była przede wszystkim z pszczółką Mają, Ewa Złotowska to artystka o niezwykle bogatym dorobku i jeszcze bogatszym życiorysie. 
     
  • Dubbingowała setki postaci, śpiewała, reżyserowała, występowała w kraju i za granicą, a do tego przeszła przez osobiste dramaty, które zahartowały ją jak stal. 
     
  • Ewa Złotowska dzieli się historiami, które brzmią jak scenariusz filmowy – jest i dzieciństwo w cieniu wojennej tragedii, i małżeństwa pełne kontrastów, i życie z miłości do zwierząt.

 

 

Lubi Pani „Pszczółkę Maję”? 

 

Teraz już tak, ale przez wiele lat zaszczyty związane z bajką były dość uciążliwe. Na ulicy, gdy tylko się odezwałam, od razu robiło się wokół mnie zamieszanie. A jestem przecież niewysoka i czasami aż się o siebie bałam, że będę zadeptana. W pewnym momencie już w ogóle nic innego się nie liczyło. Oczywiście najpopularniejsza byłam w przedszkolach. Każde dziecko chciało mnie dotknąć. 

 

Zbigniew Wodecki też narzekał. Ciągle go proszono o zaśpiewanie „Pszczółki Mai”, chociaż miał na koncie wiele innych hitów. 

 

Wciąż jestem identyfikowana z Mają. Mam setki ról – i dubbingowych, i teatralnych – ale wybrano tę jedną. Aż trudno uwierzyć, że zostałam tak zaszufladkowana. Byłam też Bolkiem z „Bolka i Lolka”, a i Lolkiem się zdarzało, byłam Pippi Langstrumpf, a wiele osób pamięta mnie tylko jako pszczółkę Maję. Z drugiej strony jest to miłe, gdy spotykam się z życzliwością, gdy ludzie dziękują mi za tę rolę. 

 

Jak została Pani słynną pszczółką Mają? 

 

To był 1979 rok. W dubbingu pracował pewien kierownik produkcji, który – powiedzmy – był trochę roztargniony. Pewnego dnia zaczepił mnie gdzieś na korytarzach telewizji. „Jest taka propozycja… »Myszka Maja«. Dobrze, żeby pani to nagrała. Pani jest najbardziej do niej podobna” – powiedział. „Dobrze” – odpowiedziałam i zapytałam, ile bajka ma odcinków. „A  trzy” – usłyszałam. Pojechałam do studia. Okazało się, że to nie myszka Maja, tylko pszczółka Maja. Stwierdziłam, że rzeczywiście główna bohaterka jest do mnie podobna. Ale odcinków było więcej. Nie trzy, tylko sto cztery. Wsiąkłam w to wtedy na długie miesiące.  

Bajka „Pszczółka Maja” miała premierę w Japonii w 1975 roku. Cztery lata później trafiła do Polski. Fot. materiały prasowe

Bajka „Pszczółka Maja” miała premierę w Japonii w 1975 roku. Cztery lata później trafiła do Polski. Fot. materiały prasowe

 

Rozumiem, że nagrywaliście dubbing bez przerwy. 

 

Tak. I wszystko na bieżąco szło do telewizji. Dość szybko nagrywaliśmy. Starą techniką. Do studia zjeżdżali się aktorzy, reżyser, montażystka, dźwiękowiec. Powstawał cały odcinek, a potem następny i kolejne. Trochę monotonna to była praca, ale lubiliśmy się spotykać. Obiadek, papierosek, pogaduszki. Teraz to wygląda zupełnie inaczej. Każdy głos jest nagrywany osobno, później wszystko jest składane do kupy. Operator może coś przyspieszyć, spowolnić, wyostrzyć, dźwięk puścić inaczej. Wtedy trzeba było wszystko nagrać idealnie. Poprawek na komputerach nie było. Kiedyś dialogi nagrywało tylu aktorów, ilu było w danej scenie. Bywało bardzo ciasno przy jednym pulpicie z jednym mikrofonem. Wymagało to poważnego profesjonalizmu. 

 

Czyli praca podobna do tej w teatrze? Tylko bez aktorów na scenie. 

 

Trochę tak. Dubbing do „Pszczółki Mai” prowadziła bardzo surowa reżyserka. Ona kiedyś była montażystką, więc pilnowała, żebyśmy mieścili się w tzw. kłapach, czyli otwieraniu i zamykaniu „mordek” naszych bohaterów. Wprawdzie „kłapy” w „Pszczółce…” były bardzo duże, wielkości lwa, więc dość łatwo wyrabialiśmy się z dialogami, ale niemniej jednak musieliśmy uważać.  

 

Z Jasiem Kociniakiem, który grał Gucia, robiliśmy sobie czasami dowcipy. Znaliśmy się dobrze, bo mieszkaliśmy niedaleko siebie i razem wychodziliśmy z psami na spacery. W studiu zaczynaliśmy prywatną rozmówkę, pilnując tylko, żeby się „kłapy” zgadzały, i wtedy reżyser, Izabella Falewicz, bardzo się denerwowała: „Co wy mówicie, przecież to nie ten tekst. Ja mam jakąś inną kartę”.  

Malutka Ewa z mamą Jadwigą na wakacjach nad morzem. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Malutka Ewa z mamą Jadwigą na wakacjach nad morzem. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

 

 

 

Jak Pani zaczęła przygodę z dubbingiem? 

 

Pod koniec lat 60., kiedy zaczęłam pojawiać się w telewizji, zainteresował się mną Jerzy Twardowski i zaproponował dubbing w filmie Walta Disneya „Dzieci kapitana Granta”. Dubbingowałam Halley Mills. To był bardzo wymagający reżyser. 

 

Pracowałam też przy amerykańskim serialu dla dzieci „Przygody Jaimie McPheetersa”, gdzie podkładałam głos młodziutkiemu Kurtowi Russellowi. I w wielu innych filmach familijnych, bajkach. 

 

To była wspaniała praca. Mogłam podpatrywać technikę starszych aktorów. Gorzej było, gdy ktoś się pomylił i całą scenę musieliśmy powtarzać od początku. Nieraz wychodziłam ze studia jak po ciężkiej orce w polu. 

 

Dubbing był jednak moją stałą pracą. Ciągle coś miałam do nagrania. A ja przecież nie tylko użyczałam głosu, byłam też reżyserem dubbingu. Również „Pszczółki Mai”. 

 

Wiemy już, skąd się wzięła pszczółka Maja. A skąd jest Ewa Złotowska? 

 

Przypadkiem urodziłam się w Zakopanem. Mój ojciec zginął ostatniego dnia powstania warszawskiego. Trzeba mieć naprawdę pecha. Wychodził z kanałów. Powiedzieli mu, że wojna się skończyła, i kiedy wyszedł na ulicę, zastrzelił go snajper. Przyjaciele z grupy dywersyjnej, do której należał mój ojciec, zaopiekowali się mamą, gdy okazało się, że jest w ciąży. Ponieważ Warszawę zrujnowano, nie było jej domu. Ktoś zakrzyknął, że do Zakopanego można jechać, bo tam spokojnie. I pojechali. Tam się urodziłam. U stóp Giewontu. Po ośmiu miesiącach. Na toboganie mnie zawieźli z mamą do szpitala. Drugie imię mam po Magdalenie Samozwaniec, która też wtedy była w Zakopanem. 

Ewa od dziecka kochała zwierzęta i scenę. Uwielbiała sceniczne stroje i recytację. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Ewa od dziecka kochała zwierzęta i scenę. Uwielbiała sceniczne stroje i recytację. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

 

Może to ona odbierała poród? 

 

Nie, nie, do szpitala mnie zawieźli. To znaczy mamę. 

 

Mama wróciła w końcu do Warszawy. Musiała zadbać o Panią i o siebie. Gdzie pracowała? 

 

Moja mama była modystką. Miała manualne zdolności, artystyczne. Ja to odziedziczyłam po niej. Niestety nie odziedziczyłam po niej urody. Tego mi nie dała. I nie mogę jej tego darować…  

 

Ale proszę zobaczyć swoje piękne, wielkie oczy. 

 

Może miałam… 

 

Powiedzieć kobiecie komplement, to nie przyjmie! 

 

Ale jestem taka malutka. Mama miała ze 165 cm wzrostu, a ja 145 cm. Ona nawet robiła wszystko, żebym podrosła. Zabrała mnie do Łodzi, do profesora. Obejrzał mnie i powiedział jej: „Niech pani da dziecku spokój. Ona jest malutka, ale proporcjonalna. Hormon wzrostu jest nie do końca sprawdzony. Co będzie, jeśli urośnie jej tylko nos!”. I to był dla mamy argument. Mama dała sobie spokój.  

 

Pani mama wyszła po wojnie za mąż. Kim był ojczym? 

 

Był plastykiem z wykształcenia. Wszystko potrafił zrobić. Ja w ogóle nie rozumiem mężczyzn, którzy nic nie potrafią zrobić w domu. U nas nie było żadnego problemu z niczym. Tata, bo tak do niego mówiłam, był kierownikiem modelatorni w Teatrze Narodowym. A ja bywałam tam bardzo często – i na zapleczu, i na widowni. Raz nawet… wyszłam na scenę.  

 

W trakcie spektaklu? 

 

Na szczęście nie. W trakcie próby. Szłam za Ireną Horecką, która wychodziła na scenę. Była pięknie ubrana, grała Elżbietę I. Ciągnęła za sobą suknię obsypaną błyszczącymi kamieniami, a ja się w nią zapatrzyłam. I tak się znalazłam na scenie. Wszyscy pękali ze śmiechu. To był mój debiut na scenie Teatru Narodowego. 

Pierwsza Komunia Święta. Przyszła artystka wyglądała jak aniołek. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Pierwsza Komunia Święta. Przyszła artystka wyglądała jak aniołek. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

 

Czyli potem już było z górki…  

 

W zasadzie od dziecka wiedziałam, co będę robić w życiu. Wiedziałam, że będę aktorką. Chcąc nie chcąc, ja cały czas występowałam. Mój tata wspierał mnie we wszystkim. 

 

Uwielbiałam mówić wiersze. Brałam udział we wszystkich konkursach recytatorskich. Kochałam Adama Mickiewicza. Gra słów była taka muzykalna. Ostatnio próbowałam przypomnieć sobie „Lilije”, jego najdłuższą balladę. Tak staram się ćwiczyć pamięć. Chodziłam po domu i przypomniałam sobie tę balladę, której uczyłam się w młodości.  

 

Skończyła Pani liceum w Warszawie. 

 

Batorego. Chodziłam z Danielem Olbrychskim, z Maćkiem Englertem. Z Danielem bardzo się przyjaźniliśmy. Bywaliśmy u siebie w domu. Graliśmy na skrzypcach razem. On grał znakomicie. On wszystko zawsze robił z pasją. Bardzo to w nim lubiłam. Ostatnio oglądałam „Potop”. U niego każdy ruch, nawet rzęsą, był przemyślany. Wszystko w nim grało. On też nad wszystkim panował. Nawet nad koniem. Aktor genialny.

 

Spotkaliśmy się na scenie, gdy byliśmy jeszcze w liceum. Graliśmy razem w przedstawieniu szkolnym, w „Zemście”. Wystawiano ją w Teatrze Buffo. Daniel grał Papkina. W życiu nie widziałam lepszego Papkina. Ja grałam Klarę. To nie była ciekawa postać. 

 

Nie każdemu jest dane wiedzieć, co chce robić w życiu... 

 

Dziś co druga dziewczyna chciałaby zostać aktorką, ale to nie znaczy, że powinna. Gdybym nie wybrała aktorstwa, prawdopodobnie zostałabym behawiorystką. Bardzo dobrze czuję się ze zwierzętami, a one się ze mną. Rozumiemy się nawzajem.  

Aktorka pracowała na scenie 60 lat. Zrezygnowała ze sceny w kwietniu 2025 roku. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Aktorka pracowała na scenie 60 lat. Zrezygnowała ze sceny w kwietniu 2025 roku. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Wtedy nie było takiego zawodu.  

 

Nie było. Niestety.

 

Nie dostała się Pani do szkoły teatralnej. 

 

Mówili mi: „A idź do Krakowa, do Wrocławia”. Ale po co ja miałam iść do Wrocławia czy do Krakowa, skoro mieszkałam w Warszawie. 

 

Nie dostałam się, bo wyglądałam jak dziecko. Dziekan Tomaszewska zapytała mnie, ile mam lat. Odpowiedziałam, że osiemnaście. Usłyszałam od niej, że wyglądałam na dwanaście. W ogóle nie sprawdzili, czy coś potrafię. 

 

Do domu wróciłam z płaczem. Po jakimś czasie tata, który przyjaźnił się z Wojciechem Siemionem, powiedział mi, że robią nabór śpiewających dziewczyn do STS-u. „Idź, bo będą eliminacje” – powiedział. No i poleciałam. 

 

I Panią przyjęli. 

 

Był rok 1965. I tam zobaczyła mnie Stefania Grodzieńska, która robiła serial rodzinny pod tytułem „Szklana niedziela”. Była to pierwsza w historii polskiej telewizji komedia rodzinna. Potrzebowali dziecka. I w końcu się do czegoś nadałam. 

 

Danusia Szaflarska grała moją matkę, ojca Andrzej Szczepkowski. To był serial na żywo. Dowcipnie komentowano w nim dopiero co nadane programy. W każdym odcinku występował jeszcze inny wielki polski aktor. Kiedyś przyszła do nas jedna profesorka ze szkoły teatralnej, „Żeby takie zdolne dzieci do nas przychodziły” – powiedziała, patrząc na mnie. „A właśnie mnie wyrzucili pół roku temu spod drzwi szkoły. Za niska byłam” – odpowiedziałam. 

 

Pani też śpiewała. 

 

Ja bardzo dobrze śpiewałam. Poszłam do szkoły muzycznej na śpiew. Ten wydział (był to wydział estradowy) został przeniesiony ze szkoły teatralnej. Uczono tam pracy z mikrofonem, rytmiki, baletu. A także ruchu scenicznego. Dostałam nawet dyplom.  

 

Miałam też fajny epizod w kawiarni w Hotelu Bristol. Tam cała młodzież występowała. Płacili grosze, ale wiele osób przychodziło, by posłuchać moich interpretacji piosenek aktorskich. Miałam bardzo mocną pozycję. Dostałam wtedy kategorię S estrady. Wręczyła mi ją Hanka Bielicka. 

Ewa Złotowska ukończyła szkołę muzyczną w klasie skrzypiec. Grała nawet w orkiestrze. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Ewa Złotowska ukończyła szkołę muzyczną w klasie skrzypiec. Grała nawet w orkiestrze. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Kobieta orkiestra…

 

Studiowałam też reżyserię w Petersburgu (wówczas Leningradzie). Interesowałam się reżyserią estrady. W trzy lata zrobiłam pięcioletnie studia. Gdy wróciłam do Polski, była końcówka lat 70. Do głosu zaczęła dochodzić „Solidarność” i na tych wracających zza wschodniej granicy patrzono z niechęcią, chociaż ja trzymałam się daleko od polityki. Zatrzasnęły się drzwi dla mnie w teatrze. Pracowałam więc dla estrady. Zaproponowano mi dyrektorską posadę w ZPR, gdzie zajmowałam się olbrzymimi widowiskami, występami w knajpach, cyrkiem. Na nic poza pracą nie miałam czasu. 

 

A potem zwołałam dwóch moich kolegów, Kazia Mazurka i Jacka Jodłowskiego, i wyjechaliśmy do krajów arabskich na kontrakt. Do Libanu, Syrii. Raz na trzy lata, raz na półtora roku. U nas szarzyzna i zimno, tam kolory i upał.  

 

Co Pani tam robiła? 

 

Zarabiałam pieniądze. Śpiewałam, tańczyłam i grałam na skrzypcach w trio muzycznym. 

 

Na fortepianie też? 

 

Nie. Mam za małe ręce. Do skrzypiec zresztą też za małe. Skończyłam średnią szkołę w klasie skrzypiec. Ale przestała rosnąć mi ręka, więc musiałam zakończyć edukację. Nie mogłam podołać technicznie. 

 

W Pani życiu nie było nudy. Ciągle się coś działo. 

 

W latach 80., po stanie wojennym, nie było za wiele pracy dla aktorów. Artystom pozwalano wyjeżdżać do pracy za granicę, bo przecież państwo czerpało z tego pieniądze. A ja nigdy i nigdzie nie byłam na etacie. Nie miałam więc możliwości, by przeczekać gorszy czas, więc skorzystałam z okazji i wyjechałam, żeby z czegoś żyć. Generalnie zawsze sobie dawałam radę.  

Aktorka w latach 80. wyjechała do Libanu. Mieszkała w przepięknym domu nad Zatoką Fenicką. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Aktorka w latach 80. wyjechała do Libanu. Mieszkała w przepięknym domu nad Zatoką Fenicką. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Praca w krajach arabskich była wspaniałym doświadczeniem.  

 

Mieszkaliśmy pod Bejrutem w Libanie. To była osada pierwszych Fenicjan. Dom, wydłubany częściowo w skale, stał nad samą Zatoką Fenicką. Niesłychanie malownicze widoki. Wtedy zamarzyłam, żeby mieszkać w domu z ogrodem.  

 

Była już Pani mężatką? 

 

Byłam po pierwszym rozwodzie. 

 

Gdzie się poznaliście? 

 

W Klubie Medyka. Tam Wojtek Jesionka, krakowski reżyser, robił przedstawienie. Zresztą robił je ze mną, bo ja mu nawet myśl podrzuciłam, co bym chciała zagrać. To był taki rodzaj wodewilu.  

 

Mój pierwszy mąż był młodym lekarzem i przychodził do klubu z kolegami. Byliśmy razem 10 lat. Było fajnie, dopóki nie przyszedł dzień codzienny. To ja musiałam chodzić w spodniach. Chodziłam więc tyle, ile dałam radę wytrzymać. 

 

To co Panią w nim zauroczyło?  

 

Inteligencja. Był błyskotliwy, dowcipny. No i piękny. A ja zawsze lubiłam ładnych chłopaków. Takich, których się łokciem nie chowało za szafę. Niektóre dziewczyny lubią słodkich brzydali. Ja nie. Ja lubiłam, żeby za mną zawsze stało coś takiego dużego i ładnego. Poza tym bardzo kochałam jego rodziców. Ale nie miałam już sił ciągnąć wozu bez konia… 

 

To Pani zdecydowała o rozwodzie? 

 

Tak. Czarę przechyliła utrata ciąży. A byłam już w szóstym miesiącu. Kiedy wychodziłam ze szpitala po tym porodzie, nie było go przy mnie. 

 

Chciała Pani mieć dzieci? 

 

Bardzo cierpiałam po utracie ciąży, ale nie miałam nachalnego instynktu macierzyńskiego. Przede wszystkim zdawałam sobie sprawę z tego, że mam bardzo egoistyczny zawód, który wymaga ode mnie, żebym była na nogach o każdej porze dnia i nocy. Napatrzyłam się na koleżanki, które z niemowlakami jechały busami na chałturę. W garderobach, w autobusach wszyscy palili. Dzieci musiały to wdychać. W ogóle sobie nie wyobrażam, żebym mogła coś takiego zrobić. 

W Libanie Ewa poznała Jamila. Mężczyzna przyjechał do Polski, gdzie poślubił aktorkę. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

W Libanie Ewa poznała Jamila. Mężczyzna przyjechał do Polski, gdzie poślubił aktorkę. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Wyjazd do krajów arabskich miał zapewne zabliźnić ranę po utracie dziecka? 

 

Spędziłam tam w sumie kilka lat. Chciałam też wyjechać do Francji. Ale moja mama płakała w listach, żebym wracała do domu, bo jest chora. I gdy stanęłam na lotnisku w Warszawie i zobaczyłam tę szarzyznę lat 80., to pomyślałam: „Już nigdzie nie wyjadę”. Wtedy przecież zabierano paszporty i nie było wiadomo, czy jeszcze wydadzą! 

 

A potem był 1992 rok i wyszła Pani za mąż za Marka Frąckowiaka. 

 

Byliśmy małżeństwem 25 lat. 

 

Pan Marek był Pani drugim mężem? 

 

Nie. Trzecim. 

 

Pierwsze słyszę. Coś Pani zatem dotąd ukrywała… 

 

Drugiego męża miałam bardzo krótko, trzy miesiące. Był Libańczykiem. Miał na imię Jamil. To było pod koniec lat 80. Przyjechał za mną do Polski, bo jak twierdził, bardzo mnie kocha i chce ze mną być. Pobraliśmy się w Warszawie i w Warszawie się rozwiedliśmy.

 

Małżeństwo w gwiazdorskim stylu. Co się wydarzyło? 

 

Skończył francuską szkołę hotelarską. I ja sobie wymyśliłam, że założymy coś takiego, co kiedyś miała piosenkarka Wanda Warska, która prowadziła z mężem Piwnicę Artystyczną na Starym Mieście w Warszawie. Muzycy grali, ludzie śpiewali, widzowie słuchali i jedli. Nie wytrzymałam z nim. Zrobiłam się zbyt nerwowa. On w Polsce biznesu nie chciał. Głowę mi suszył, żebym z nim do pięknego Libanu jechała. A mnie się nie uśmiechało tam żyć.  

 

Dlaczego? 

 

Zdarzyła mi się wtedy pewna rodzynka. Zamknęli nasz zespół do pudła, bo nie mogli znaleźć naszych dokumentów. W Libanie przez wiele lat trwała wojna domowa. I gdy w Bejrucie zaczęła się strzelanina, to kierownik restauracji, w której pracowaliśmy, uciekł gdzieś z rodziną. Okazało się, że nasze paszporty leżały w szufladzie ze sztućcami. Wypuścili nas zza krat i wywieźli do Damaszku w Syrii. Pamiętam, że jechaliśmy przez Dolinę Bekaa. Po drodze natknęliśmy się na żołnierza. Widać było, że się nudził. Spojrzał na nasze futerały ze skrzypcami i akordeonem i zapytał, co tam mamy? Nasz kierowca odpowiedział, że jesteśmy muzykami i jedziemy do Damaszku na kontrakt. Nie uwierzył i kazał nam zagrać. Miałam więc nawet występ na pustyni. 

 

Chciał sprawdzić, czy umiecie grać. 

 

Tak. To pokazuje, że moje życie obfitowało w niesamowite wydarzenia. Obdarzyłabym nimi parę osób. 

W Libanie królowa dubbingu zamarzyła o domu z ogrodem. I swoje marzenie spełniła. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

W Libanie królowa dubbingu zamarzyła o domu z ogrodem. I swoje marzenie spełniła. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Ma Pani zapewne między innymi na myśli wypadek. 

 

To był 2002 rok. Dostałam od znajomej dziennikarki informację, że ona organizuje gdzieś między Grójcem a Sochaczewem spotkanie z behawiorystką ze Szwecji. A ja przecież bardzo się tym tematem interesowałam. 

 

Tego dnia, gdy wychodziłam z domu, coś mnie powstrzymywało. Mam mocno rozwiniętą intuicję i bałam się wejść do samochodu. Z drugiej strony temat spotkania był dla mnie wspaniały.  

 

Wyjechałam z domu przed zmrokiem. Wtedy nie było jeszcze dobrych dróg. Tłumnie jechały nimi tiry. A na dodatek było dużo zakrętów. Mnie się spieszyło, robiło się szarawo. Przede mną jechał jakiś żuk, taki z plandeką. Nieduży, trzęsący się. Dwadzieścia pięć na godzinę pod górę. I pomyślałam: „Wyjrzę, może go wyprzedzę”. I w tym momencie nastąpiło zderzenie. Facet był po piwie czy dwóch. Na szczęście też jechał osobowym. Temu facetowi nic. Żuk z plandeką odjechał, ale gdy zobaczył, co się stało, wysiadł. 

 

Cud, że Pani przeżyła. 

 

Nie mogłam się ruszyć, w końcu straciłam przytomność. Pogotowie przyjechało z Sochaczewa. Ponoć powiedzieli, że po takich wypadkach to do czarnych worków ludzi pakują. Miałam kości połamane, wszystko potrzaskane w środku, pęknięcie tętnicy brzusznej. Dwa dni leżałam w śpiączce. W ciągu roku przeszłam trzy operacje. Gdy mi robili nogę, to ucisnęli nerw strzałkowy. Kiedy się obudziłam, opadała mi stopa. Nie chodziłam. 

 

Dobrze, że miała Pani męża przy sobie? 

 

Marek cały czas był przy mnie, bardzo mnie wspierał. Cud, że koniec końców lekarze mnie poskładali, połatali, poszyli. Po wielu miesiącach rehabilitacji mogłam chodzić o kulach i jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów. Po paru latach dopiero sama stanęłam na nogi. 

 

A potem pan Marek ciężko zachorował… 

 

Nie chciał się leczyć. Zmarł w 2017 roku. Miał raka kręgosłupa.  

Trzecim mężem aktorki był Marek Frąckowiak. Pobrali się w 1992 roku w swoim domu pod Warszawą. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Trzecim mężem aktorki był Marek Frąckowiak. Pobrali się w 1992 roku w swoim domu pod Warszawą. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Od ośmiu lat mieszka Pani sama w swoim wielkim domu. Ale się nie dziwię, bo pięknie tu. 

 

Dom zbudowaliśmy z Markiem 30 lat temu. Gdy byłam dzieckiem, mieszkałam z rodzicami i młodszą siostrą na Wiejskiej. Potem kupiłam mieszkanie na Fabrycznej, w 16-piętrowym bloku. Miałam 23, może 24 lata. Mieszkało tam bardzo wielu artystów. A potem przeprowadziłam się pod Konstancin. 

 

To raj dla Pani zwierzaków. 

 

Z Markiem mieliśmy 16 zwierzaczków. 

 

Teraz ma Pani dwa pieski i kotka. 

 

Powoli odchodziły, teraz zostały tylko trzy. 

 

Zapewne cała pensja szła na jedzenie i weterynarza. 

 

Oj tak. Ale odpłacały się nam, gdy nas witały po powrocie do domu. 

 

Już sobie wyobrażam tę chmarę, która się rzucała na człowieka. 

 

Wszystkie pędziły, żeby dać buziaka. 

 

Pamięta Pani ich imiona? 

 

Tak. Ja mam nawet ich zdjęcia, od dziecka. Tak jak rodziny mają w domu na fotografiach swoje pociechy, tak ja mam swoje. Kto tak kocha jak pies czy kot? Nikt. 

 

Nie grałam w spektaklach wyjazdowych. Kiedy zostałam sama, musiałam na noc wracać do domu.  

 

Zwierzęta to obowiązek.  

 

Kotły jedzenia gotowałam. Ale dawaliśmy sobie radę. A potem zaczęły odchodzić te moje zwierzątka, bo one przecież krócej żyją niż ludzie. Co jakiś czas jakiegoś chowałam. Patrzę na moją kicię Ksenię, ma 19 lat, pewnego dnia ona też po prostu się nie obudzi. 

 

Jestem ich rodziną zastępczą. Zabierałam je ze schroniska, z lasu, gdzieś z drogi, bez nogi, bez ucha, bez ogona. 

Ewa i Marek przeprowadzili się do swojego domu 30 lat temu. Razem z nimi mieszkały ich ukochane zwierzęta. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

Ewa i Marek przeprowadzili się do swojego domu 30 lat temu. Razem z nimi mieszkały ich ukochane zwierzęta. Fot. archiwum prywatne Ewy Złotowskiej

 

Przypuszczam, że opieka nad zwierzętami była ważniejsza dla Pani niż własne zdrowie. Długo zwlekała Pani z operacją mózgu. 

 

Bardzo wcześnie zachorowałam na paskudną chorobę. To drżenie samoistne postresowe. Głowa mi się trzęsła, ręce, głos, zapadały się samogłoski przy mówieniu, to było koszmarne. Musiałam zrezygnować ze sceny. I właściwie to mnie rozwaliło. Po śmierci Marka zdałam sobie sprawę, że jestem zdana tylko na siebie. Poszłam na operację dwa–trzy lata temu. 

 

Operacja była kosmiczna i pomogła. Jestem wdzięczna, że lekarze ze Szpitala Bródnowskiego przywrócili mnie do życia i sprawności. 

 

Długo Pani nie schodziła ze sceny… 

 

Pracowałam sześćdziesiąt lat. A w teatrze jeszcze dłużej. Najmniej w filmie. Jakoś tam nie pasowałam. Ostatnią rolę zagrałam w spektaklu „Klimakterium”. Pracowałam przy tej sztuce 13 lat. Równolegle robiłam drugie przedstawienie – „Dwie połówki pomarańczy”. Potem było jeszcze „Klimakterium 2”, ale krótko w nim grałam. A w „Dwóch połówkach pomarańczy” występowałam właściwie do kwietnia. 

 

Tylko podziwiać! Kobieta z Pani nie do zdarcia. 

 

Tak było. Ale ostatnio spadłam ze schodów w domu. I to dwa razy. Mocno się potłukłam. Nie za bardzo mogłam chodzić. Musiałam mieć rehabilitację. A w „Dwóch połówkach…” miałam taką rolę, że się przewracam, byłam ciągana, pchana. Leżałam na łóżku, pod łóżkiem. Musiałam więc zrezygnować z roli, bo już byłam potłuczona jak stare jabłko i bałam się, że jeszcze bardziej się dorobię. A ja mam co robić w domu, w ogrodzie, przy moich dzieciach. 

 

Grałam od dzieci do staruszek, śpiewałam, recytowałam, tańczyłam, reżyserowałam. Nie nudziłam się w życiu i nadal się nie nudzę.

Gdzie oglądać bajkę „Pszczółka Maja”?

Od 4 lipca rodzinna i ponadczasowa bajka jest dostępna bezpłatnie w TVP VOD oraz TVP ABC. Kanał dla najmłodszych Telewizji Polskiej każdego dnia o godz. 13:20 prezentuje jeden odcinek serii.

 

Top

Strona korzysta z plików "cookie" w celu realizacji usług zgodnie z Regulaminem. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu mechanizmu cookie w Twojej przeglądarce.

Akceptuję